Dawno temu, za lasami i za górami (i za kilkoma płotami, które
wcale nie były magiczne — tylko zwyczajnie krzywe), żył sobie mały
chłopiec imieniem Teo.
Był tak mały, że gdy marzył, musiał najpierw stanąć na palcach.
Inaczej te marzenia przelatywały mu nad głową i udawały, że
w ogóle go nie widzą.
Właśnie teraz stał na jednym takim płocie — tym najbardziej
krzywym, za stodołą babci Jagody — i celował patykiem w niebo tak
zawzięcie, jakby od tego zależały losy królestwa.
— Ha! — krzyknął, wykonując zamach, który w jego głowie wyglądał
jak cios legendarnego sir Aldrica Złotogrzywego, a w
rzeczywistości — jak próba odganiania wrony. — Poddaj się, smoku!
Smoka nie było. Była za to Hrabina — jedyna kura babci Jagody,
która miała imię, charakter i zdecydowane poglądy na temat
chłopców machających patykami w jej kierunku.
— Teo! — rozległ się głos z chaty. Babcia Jagoda miała dar:
potrafiła krzyczeć szeptem. — Przestań straszyć Hrabinę! Ostatnio
przez ciebie nie zniosła jajka przez trzy dni. TRZY DNI, Teo.
Teo zeskoczył z płotu. Wylądował w błocie. Oczywiście. Wielcy
rycerze pewnie też tak zaczynali — tylko nikt o tym nie pisał, bo
błoto jest mało poetyckie.
Usiadł na swoim Tronie — kamieniu nad stawem, który był płaski,
wygodny, i w odpowiednim świetle wyglądał prawie dostojnie.
Patyk-miecz oparł o kolano. I zaczął marzyć.
Koń. Piękny, biały, z grzywą jak z legend. Miecz — najlepiej taki,
który błyszczał nawet w cieniu. I sława. Taka prawdziwa.
Marzył, żeby zostać rycerzem. Tych marzeń spełnić mu się nie
udało. Spełnił natomiast takie, o których nigdy nawet nie śnił.