Dawno temu, za lasami i za górami (i za kilkoma płotami, które
wcale nie były magiczne — tylko zwyczajnie krzywe), żył sobie mały
chłopiec imieniem Teo.
Był tak mały, że gdy marzył, musiał najpierw stanąć na palcach.
Inaczej marzenia przelatywały mu nad głową i udawały, że
w ogóle go nie widzą.
Akurat teraz stał na jednym takim płocie — tym najkrzywszym w
całej wsi, za stodołą babci Jagody — i celował patykiem w niebo z
taką zawziętością, jakby od tego zależały losy królestwa. A może i
zależały. Skąd mógł wiedzieć. Miał siedem lat i jeszcze nie
odróżniał losów królestwa od losów obiadu.
— Ha! — krzyknął, wykonując zamach, który w jego głowie wyglądał
jak cios legendarnego rycerza sir Aldrica Złotogrzywego, a w
rzeczywistości — jak próba odganiania wrony. — Poddaj się, smoku!
Smoka nie było. Była za to Hrabina — jedyna kura babci Jagody,
która miała imię, charakter i zdecydowane poglądy na temat
chłopców machających patykami w jej kierunku. A patrzyła tak,
że niejedna cesarzowa mogłaby się od niej uczyć: odchylała łepek,
mrużyła jedno oko i trzymała spojrzenie o pół sekundy dłużej, niż
trzeba.
— Teo! — rozległ się głos z chaty. Babcia Jagoda miała dar:
potrafiła krzyczeć szeptem. — Przestań straszyć Hrabinę! Ostatnio
przez ciebie nie zniosła jajka przez trzy dni. TRZY DNI, Teo.
Wiesz, ile to jest w owsiankach?
Teo zeskoczył z płotu. Wylądował w błocie. Oczywiście, że w
błocie — bo gdzie niby indziej miał lądować wielki rycerz, który
dopiero co wyruszał po sławę? Wielcy rycerze pewnie też tak
zaczynali. Tylko nikt o tym nie pisał, bo błoto jest mało
poetyckie, a kroniki nie lubią, jak im bohater zabłoci kolana.
Ruszył w stronę swojego ulubionego miejsca na świecie: kamienia
nad stawem, który nazywał Tronem. Kamień był płaski, wygodny,
obrośnięty mchem dokładnie tam, gdzie trzeba. Usiadł. Patyk-miecz
oparł o kolano. I zaczął marzyć.
Koń. Piękny, biały, z grzywą jak z legend — taki, co parska w
odpowiednim momencie, nigdy nie gubi podków i na pewno, ale to na
pewno, nie boi się kur. Miecz — najlepiej taki, który błyszczał
nawet w cieniu. Ze zdobieniami. I z imieniem — bo porządny miecz
musi mieć imię, inaczej to po prostu kawałek żelaza z ambicjami.
I oczywiście księżniczki. Mnóstwo ślicznych księżniczek. Wszystkie
naraz, ale po kolei — bo marzenia to jedyne miejsce, w którym nic
nie musi się zgadzać.
Marzył, żeby zostać rycerzem. Tych marzeń spełnić mu się nie
udało. Spełnił natomiast takie, o których nigdy nawet nie śnił.
A zaczęło się to wszystko pewnego wtorku, nad rzeką, od dwóch
starszych chłopców, dwudziestu żab i jednej bardzo pechowo
wyrosłej kępy pokrzyw.